
Wydawnictwo: EMI Gatunek: JAZZ Premiera: 2006-04-03 Po dłuższej przerwie, w końcu odezwała się wielka diwa współczesnej wokalistyki, i przynajmniej mnie, mile zaskoczyła, bowiem nagrała bardzo dobrą płytę, a w dodatku wyraźnie popową, co nie zmienia mojego pozytywnego zdania o tym albumie. Słuchałem Cassandry Wilson od zawsze i w zasadzie nigdy nie traktowałem jej jako wokalistki jazzowej, pomimo że jej płyty stoją w sklepowych przegródkach oznaczonych nazwą jazz. Przyznam, że nigdy nie byłem jej wielkim fanem i jeżeli chodzi o panie, to wolałem do tej pory posłuchać Patricii Barber, Holly Cole bądź Erykah Badu. Zasadniczo wielkie wrażenie wywarł na mnie jej pierwszy album Point Of View nagrany przy udziale między innymi Steve'a Colemana i Jean-Paula Bourelly'ego. Nie twierdzę, że to był wybitny album, ale muszę przyznać, że niezwykle przypadł mi do gustu. Może ze wzgledu na gitarę Bourelly'ego, nie wiem. Kolejne albumy Cassandry jakoś specjalnie mnie nie poruszyły, a już międzynarodowy sukces takich tytułów jak chociażby New Moon Daughter był dla mnie kompletnie niezrozumiały. Muszę jednak przyznać, że jej ostatnie albumy (Belly Of The Sun, Glamoured) coraz bardziej ciążące w kierunku wysmakowanego popu z dużą domieszką bluesa były ciekawe, ale Thunderbird absolutnie mnie zaskoczył. Cassandra Wilson w Thunderbird zarzuciła swój dotychczasowy styl śpiewania. Może przesadzam, ale brzmi jej głos jakoś inaczej. Nagrała po prostu znakomite, popowe kawałki z pięknymi liniami melodycznymi, bez silenia się na jakiekolwiek udziwnienia, które ja przynajmniej dostrzegałem na poprzednich jej płytach. Sądzę, że każdy z utworów, poczynając od Go to Mexico, a kończąc na Tarot mógłby i powinien być wielkim przebojem, gdyby nie to, że obecnie szerokie masy bardziej ekscytują się Madonną i słabiutkim Confessions On A Dancefloor. A co do zaskoczenia - już pierwszy utwór Go to Mexico i pierwsza minuta jego trwania skłoniły mnie do spojrzenia czy właściwą płytę włożyłem do odtwarzacza, czy aby to jest Cassandra. Płytę otwierają bowiem perkusyjne loopy i wysamplowany chór the Wild Tchapitoulas Hey Pocky A-Way, a i później, to jak śpiewa Cassandra Wilson w niewielkim stopniu przypomina ją samą. Cieszy mnie to, gdy jakiś artysta próbuje zmienić swoje emploi, a jeżeli robi to ze smakiem i efekt tej zmiany jest znakomity, to tym lepiej zarówno dla twórcy, jak i słuchacza. Kolejne utwory to kolejne perełki i nie ma znaczenia, czy to jest Closer To You autorstwa syna Boba Dylana, Jacoba, czy też tak piękne bluesy jak Easy Rider, bądź Red River Valley czy przypominający mi twórczość Terry'ego Calliera It Would Be So Easy. Dla mnie to piękna płyta, pełna takiego niewymuszonego, bezpretensjonalnego uroku i luzu, bez silenia się na stworzenie muzyki przez wielkie M. Gdyby tak wyglądała muzyka popowa na pewno częściej bym jej słuchał. Recenzując ten album nie można zapomnieć o producencie, który wywarł chyba duży wpływ na brzmienie tego albumu, a jest nim nie kto inny jak T-Bone Burnett. Jak również o niektórych muzykach, chociażby o Marku Ribocie, tak pięknie grającym w Easy Rider lub o pojawieniu się Gregoire'a Mareta na harmonijce w Tarot. Nie mogę stwierdzić z całym przekonaniem, że jest to najlepsza płyta Cassandry Wilson, ale mogę powiedzieć bez wahania, iż ta płyta najbardziej mi się podoba z jej niemałego przecież dorobku. Polecam Wam tę płytę, jest świetna.
1 Go to Mexico 4:13 2 Closer to You 5:47 3 Easy Rider 7:02 4 It Would Be So Easy 5:09 5 Red River Valley 5:51 6 Poet 5:25 7 I Want to Be Loved 4:02 8 Lost 3:33 9 Strike A Match 4:46 10 Tarot 3:51
ISBN: 0094635587623
|